Najnowsze zdjęcia użytkowników

Sarah Chang cz. I - Ćwiczę gamy, pasaże, tercje, oktawy - nie ma innego sekretu!

Jaki był twój pierwszy utwór?

Nauczanie rozpoczęłam metodą Suzuki więc była to prawdopodobnie piosenka Twinkle Twinkle. Szybko porzuciłam metodę Suzuki, po około 4-5 miesiącach. Mój tata jest skrzypkiem i zaczęłam ćwiczyć z nim. W wieku 6 lat rozpoczęłam naukę w Julliard School of Music, a moją nauczycielką od tamtego czasu została Dorothy De Lay.

Jak Dorothy De Lay radziła sobie z sześciolatką?

Była prawdopodobnie najlepszą nauczycielką jaką mogłam sobie wymarzyć. Była jak kochana babcia, dodawała odwagi, zachęcała, była bardzo miła. Nigdy nie mówiła co masz naprawić, co później trochę mnie denerwowało. W końcu doszłam do wniosku, że właśnie taki jest jej sposób uczenia. Sprawiała, że samemu trzeba było pomyśleć nad poprawkami. Czasami pytała: "Co twoim zdaniem możesz zrobić aby zagrać to lepiej?"; "Z czego jesteś niezadowolona?, zamiast wymienić po kolei co należałoby poprawić. 

Jak dla sześciolatki, to brzmi dość skomplikowanie.

Na początku była bardzo praktyczna i dostawałam konkretne uwagi. Potem zaczęłam więcej koncertować. Lekcja, a potem miesiąc podróżowania, potem znowu jedna lub dwie lekcje i znowu miesiąc nieobecności. Moja praktyka z Dorothy była wiec bardzo nieregularna, a ona zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że muszę nauczyć się słuchać siebie. Kiedy miałam zaledwie kilka lat, zapowiedziała mi, iż prawdopodobnie większość życia spędzę ćwicząc sama w pokojach hotelowych lub garderobach na tyłach sceny i nie będę miała możliwości polegać na jej radach. Jedynym sposobem na to jest otwarcie się i słuchanie siebie.

To mądra rada. Nie wszyscy nauczyciele wiedzą co i jak wymagać od solisty.

Miała w tym duże doświadczenie, uczyła przecież tak wiele osób.

Życie, które prowadzisz, musi być wyjątkowe. Niewiele osób ma okazję doświadczyć jak to jest być "cudownym dzieckiem". Co radziłabyś osobie, która we wczesnych latach dziecięcych objawiła ogromny talent? Co radziłabyś jej rodzicom?

Radziłabym czekać. Życie pomiędzy szkołą, pracami domowymi, zobowiązaniami, egzaminami, karierą i ciągłymi nagraniami nie było niczym zabawnym. Nie żartuję, to nie było fajne. Poza tym kiedy wszystko zaczyna się kręcić, a Ty chcesz czerpać z tego pełnymi garściami i grać tyle koncertów, ile tylko jesteś w stanie, zapominasz że to wczesne lata są momentem, kiedy powinno się poznawać jak najwiecej nowego materiału. Myślę że moi rodzice bardzo dobrze poradzili sobie z tym problemem. Kontrolowali mój plan pracy, więc grałam tylko najważniejsze koncerty - w Nowym Jorku, Berlinie czy Wiedniu. Zadebiutowałam w najważniejszych miejscach i na tym się kończyło i wracałam do szkoły. Miałam i cały czas mam wielu menagerów, jednak to najczęściej rodzice mówili "nie". Wiedzieli, że muszę chodzić do szkoły i muszę mieć czas na ćwiczenie nowego repertuaru. Jestem im za to wdzięczna. Teraz mój plan pracy jest po prostu szalony!

Więc umiejętność mówienia "nie" jest bardzo ważna.

Tak, i moi rodzice to potrafili. To bardzo ważne na początku. Teraz, kiedy uczę się nowego utworu, to ćwiczę go jeden dzień, a przez następne dwa tygodnie mogę nie mieć na to czasu. To nie jest dobry sposób, ale niestety nie jestem w stanie inaczej tego rozwiązać. Więc cieszę się, że większość repertuaru zrobiłam w czasie ,kiedy byłam jeszcze uczniem.

Jak radziłaś sobie ze sławą w tak młodym wieku? Czy może stała się ona na tyle elementem codzienności, że nie zwracałaś na nią uwagi?

Nie myślę o tym zbyt wiele. Zaczęłam karierę bardzo wcześnie i szybko przyklejono mi łatkę "cudownego dziecka", "wunderkind". Określano mnie wszelkimi przymiotnikami, które można było połączyć z wyrazem "dziecko". Do dziś dostrzegam problem z skategoryzowaniem mnie - wciąż pojawiają się artykuły gdzie nazywają mnie "ex-prodigy" ( ang. prodigy - cudowne dziecko, przyp. red.). Łatka pozostaje na zawsze i niewiele można z tym zrobić. 

Jednak cieszę się że należę do świata muzyki. Muzycy klasyczni są ludźmi bardzo wyrafinowanymi, słuchają konkretnej muzyki, są muzycznie wykształceni więc dobrze wiedzą czego chcą. Wiedzą też kiedy muzyka której słuchają jest dobra. Myślę że wykonawstwo muzyki klasycznej jest ostatnią formą uczciwego tworzenia. Nie ma wielkich świateł, nie ma efektów specjalnych, nic nie odwraca uwagi słuchacza. Musisz wyjść i zagrać i albo grasz dobrze albo nie. To bardzo proste. Lubię tą przejrzystość"przemysłu muzyki" klasycznej. 

Cieszę się też z faktu, że kiedy zaczynałam, przemysł muzyczny był mocno niestabilny. Wtedy "cudowne dzieci" były w studiach akceptowane bez większych zastrzeżeń a ja nagrywałam płyty jak szalona. Teraz jest inaczej. Nie możesz po prostu nagrać sobie płyty po to, by ją nagrać. Wciąż nagrywam z EMI i cieszę się że to ta sama wytwórnia z którą zaczynałam. Jednak teraz każdy nasz projekt musi mieć konkretny sens. Nie możesz po prostu wejść sobie do studia i nagrać, jak to było kiedyś. Po pierwsze i najważniejsze, musi istnieć dobry muzyczny powód tego nagrania. Potem musi istnieć powód marketingowy a następnie muszą znaleźć się potencjalni nabywcy. 

Przejdźmy do Twoich nagrań koncertu Brucha i Brahmsa. Ja koncert Brucha grałam dopiero w wieku około 18 lat. Pierwsze co zaznaczył mój nauczyciel, to że on koncert ten grał w wieku lat 7, co oczywiście momentalnie doprowadziło mnie do paniki. Jestem jednak ciekawa, jak różni sie intepretacja 6-latki od interpretacji 20- i 30-latki.

Nie chcę urazić Twojego nauczyciela, ale dla mnie temat -"grałem to gdy miałem 6 lat", "grałem to gdy miałem 7 lat" - nie ma żadnego sensu.

Co masz dokładnie na myśli?

Ja grałam koncert Brucha gdy miałam 5 lat. Wygrywałam wszystkie nuty poprawnie, miałam w sobie też na tyle emocji by muzycznie także zagrać go dobrze - a przynajmniej na tyle dobrze by dostać sie do Julliard. III koncert Mozarta i Bruch były moimi utworami na przesłuchanie. Jednak potem nie dotykałam Brucha przez kolejne 10 lat. Podobnie z koncertem Brahmsa, nauczyłam się go w wieku lat 8, w Julliard z Dorothy De Lay. Grałam dobre nuty ale i tak nie miałam odwagi zagrać go publicznie. Więc ponownie odłożyłam utwór na jakieś 10 lat. Praca z utworem zaczyna się wtedy, kiedy zdajesz sobie sprawę jak mało o nim wiesz.

Cieszę się natomiast że poczekałam z graniem niektórych dzieł. Pamięć muzyczna ma to do siebie, że szczególnie jeśli nauczysz sie czegoś w młodym wieku, to 10 lat później podchodzisz do utworu wciąż tak samo. I nie możesz przestać! Naprawdę! Desperacko próbowałam pozbywać się niektórych nawyków.

Najbardziej cieszysz się że poczekałaś z graniem...?

Shostakovicha. Miałam około 20 lat zanim zaczęłam go w ogóle rozczytywać. To prawdziwa "kobyła".

Wymaga ogromnej emocjonalności.

Jest wyczerpujący pod tym względem. Podobnie Beethoven. Grałam będąc nastolatką. Niektóre utwory wymagają ogromnego szacunku - to że potrafię grać nuty, nie znaczy że muszę wychodzić na scenę i grać go publicznie lub nagrywać.

Gdzie obecnie mieszkasz?

W Filadelfii. To tam się urodziłam, tam też mieszka moja rodzina. Mój brat studiuje w Princetown - wszyscy są w pobliżu.

Ile masz rodzeństwa?

Tylko brata. Jest młodszy. Grał kiedyś wiolonczeli, był bardzo utalentowany, jednak wybrał inną drogę. Obserwował moje dorastanie i szaleństwo w jakim żyję. Zapragnął czegoś bardziej normalnego.

Twój tata jest skrzypkiem, czy wciąż gra?

Raczej mało. Mieszka w Korei i trochę uczy.

Więc to możliwe mieszkać w Filadelfii i studiować w Julliard?

Filadelfia jest na tyle blisko że nigdy nie czułam potrzeby przeprowadzki do Nowego Jorku. 

Ale chodziłaś do szkoły podstawowej.

W Filadelfii. Do Julliard latałam tylko w soboty. Dopiero potem częściej. Moja szkoła była naprawdę wspaniała. Wszyscy bardzo mnie wspierali. Pielęgnowali wykonawców, więc kiedy mówiłam im, że z powodu koncertów nie będzie mnie 9 tygodni, nie oponowali. Jednak wszystkie przedmioty musiałam mieć zaliczone. Ukończyłam szkołę tylko dlatego że nauczyłam się obsługiwać faks. 

Co ćwiczysz na codzień, aby utrzymywać wysoki poziom technicznej sprawności?

Podstawy. Nie ma innego sekretu, a szkoda (śmiech).  Gamy, pasaże, tercje, oktawy. Wszystko czego nienawidzisz będąc studentem. Czasem w ciągu dnia mam 4-5 godzin na ćwiczenie, to wspaniale. Ale czasem, kiedy po 15-godzinnym locie nie mogę wprost utrzymać się na nogach, to nawet wtedy gram gamy. Nawet jeśli będzi to tylko 30 minut przed pójściem do łóżka. Nawet jeśli mam trzy koncerty i cztery sonaty, które muszę przejrzeć - zaczynam od gam.

Czyli nie ma momentu w któym można by zrezygnować z gam.

Mam nadzieję! Ćwiczę Galamiana i Flescha.

A etiudy?

Jest kilka, którymi rano rozgrzewam palce. Kreutzer, Sevcik, Dont, Gavinies, Ysaye - wszystko czego nie znosiło się w dzieciństwie (śmiech).

 

Autor wywiadu: Laurie Niles, źródło: www.violinist.com

 

Część II już wkrótce!!!

 

PRZECZYTAJ TAKŻE: V Festiwal MUZYKA U ŹRÓDEŁ

Orkiestry w Hiszpanii protestują

 

Strona główna